“MARTWA WODA”, “ŻYWA WODA”

**ostatnia aktualizacja: 25.06.2012**

Kilka lat temu można było kupić w handlu bazarowym nieatestowane urządzenia, które były szczególnie modne w niektórych środowiskach. Były to przyrządy do wytwarzania “martwej” i “żywej” wody. Podobnie jak inne tego typu środki #, miały być one cudownie skuteczne przy leczeniu niemal wszystkich dolegliwości...

# Miedziane bransolety, bursztyn, kasztany, potłuczone skorupki jaj, fusy po herbacie, kartonowe modele piramid, “magnetyzowana” woda, “cudownie” lecznicze wkładki do butów, plastry Aikido, opaski magnetyczne dr Lewina, kamienie szczęścia promowane we "Wróżce" - są najprostszymi przykładami.

Zasadnicza część urządzenia miała kształt plastikowej pokrywki wypełnionej od wewnątrz masą gipsową, do której doprowadzony był przewód elektryczny zakończony wtyczką. W pokrywce osadzone były dwie elektrody z płaskownika z nierdzewnej blachy stalowej. Pokrywkę należało nałożyć na słoik napełniony zwykłą wodą wodociągową tak, aby zanurzyć w wodzie obie elektrody. Przedtem jednak, na jedną, specjalnie oznakowaną elektrodę należało nałożyć dołączony do zestawu woreczek z tkaniny brezentowej. Po włączeniu wtyczki do sieci i kilkunastu minutach trwania procesu zawartość naczynia silnie się rozgrzewała, zaś woda zawarta w słoiku stawała się biaława, mętna i wydzielała mydlany zapach. Proces należało przerwać, elektrody wyjąć, a zawartość woreczka należało szybko przelać do osobnego naczynia - był to klarowny, żółtawy roztwór o ostrym, żrącym zapachu. Oba opisane płyny miały mieć rzekomo cudowne wręcz właściwości lecznicze. Białawą, mętną ciecz (“żywą wodę”) należało pić, natomiast żółtawą cieczą (“martwą wodą”) należało się nacierać.

Jeśli ktoś zada sobie trud rozkruszenia gipsowego wypełnienia, bez trudu może znaleźć szeregowo podłączony do przewodu zasilającego niewielki element elektrotechniczny. Jest to oczywiście dioda prostownicza. Całe urządzenie jest więc elektrolizerem zasilanym prądem tętniącym jednokierunkowym, o napięciu szczytowym ok. 310 V. Na nieosłoniętej elektrodzie zachodziła oczywiście redukcja wody:

2 H2O + 2 e  →  H2 + 2 OH      (–)      (katoda)

Można zaobserwować, że powierzchnia elektrody pokrywa się małymi pęcherzykami gazu, wodoru. Bez trudu można wykazać za pomocą wskaźnika pH alkaliczny odczyn płynu wewnątrz naczynia. Mętny osad powstaje na skutek strącania się zasadowych soli wapnia i magnezu zawartych w wodzie wodociągowej, np.:

2 Mg2+ + 3 OH + HCO3  →  Mg2(OH)2CO3 + H2O

Na elektrodzie będącej anodą zachodzić może wiele procesów. Oprócz elektrolizy wody, anodowemu utlenianiu - korozji ulega materiał elektrody. Pomimo, że elektroda wykonana jest ze stali nierdzewnej, to przy napięciu ponad 300 V (!) utleniane zostaje nie tylko metaliczne żelazo, ale i praktycznie wszystkie dodatki zawarte w stali nierdzewnej, w tym chrom, mangan wanad i nikiel:

2 Cr + 7 H2O  →  Cr2O72– + 14 H+ + 12 e      (+)      (anoda)

Płyn zawarty w woreczku jest więc kwaśny (użyć papierka uniwersalnego), wydziela zapach chloru pochodzącego z utlenienia jonów chlorkowych zawartych w wodzie wodociągowej, jest żółty (obecność Fe3+ potwierdzić dodając rodanku amonu NH4SCN), ale równocześnie zawierać może znaczne ilości związków chromu +6. Jeśli zważyć, że związki chromu znajdują się na czołowym miejscu na liście substancji rakotwórczych N , to jest oczywiste ryzyko, jakie niesie ze sobą stosowanie tego urządzenia! W płynie anodowym można również wykryć obecność kationów Ni2+. Kroplę roztworu należy nanieść na bibułę zaimpregnowaną uprzednio roztworem Na2HPO4 oraz alkoholowego roztworu dwumetyloglioksymu i wysuszoną. Na środek plamy badanego roztworu dodać kroplę wody amoniakalnej. Powstaje różowa obwódka soli niklu. W tych warunkach nie przeszkadzają jony żelaza. Wykrycie chromianów może być kłopotliwe. Przeprowadzając reakcje z benzydyną N należy starannie usunąć jony żelaza, które mają również właściwości utleniające. Dokładny opis można znaleźć w odnośniku literaturowym. Test nadtlenkowy najczęściej daje wynik niepewny.

Urządzenia nie miały atestu sanitarnego. Jednym z argumentów na rzecz owej metody jest fakt, że obecnie coraz częściej urządzenia te mają jednak atest. Atest dotyczy jednak tylko zabezpieczenia przed porażeniem prądem. Zapewne dodaje się teraz prosty wyłącznik naciskowy, który po wyjęciu urządzenia z naczynia, odcina dopływ prądu.

Czy rzeczywiście nieskuteczne?

W licznych listach przytacza się fakty, że u najbliższych osób w rodzinie, stosowanie tej metody przynosi bezspornie korzystne wyniki. Nie zamierzam tego kwestionować. W przypadku np nadkwasoty żołądka, popijanie mętnej, "żywej" wody o wyraźnie alkalicznym odczynie, może przynosić doraźną ulgę. Tylko, że nie ma to nic wspólnego z "cudownością" ani elektrycznym pochodzeniem tego płynu! Na pewno podobny rezultat można osiągnąć po wypiciu szklanki wody wodociągowej, do której dodano nieco sody oczyszczonej. A skuteczność "martwej wody" w leczeniu chorób skóry także daje się racjonalnie wyjaśnić. Płyn zawiera zakwaszony roztwór soli żelaza oraz utleniającego chloru. Składniki te mogą być skutecznym środkiem leczniczym podobne schorzenia. Możnaby ten środek wytworzyć w jakikolwiek sposób z gotowych odczynników. Pozostaje jednak problem szkodliwości innych toksycznych produktów utlenienia.

Aura

W opisach innych cudownych zjawisk pojawia się czasem termin "aury". Niewątpliwie i w tym temacie mamy do czynienia ze swoistą aurą. Jest to aura cudowności wynikająca z brzmienia nazwy "żywa woda". Z tego brzmienia oraz niejasnych wspomnień z lat dziecinnych, kiedy to czytano nam bajkę o siostrze i braciach, którzy kolejno zginęli w różnych okolicznościach, a kochająca siostra udała się do wróżki za siódmą górą i rzeką, i dostała słoiczek z żywą wodą. Pokropienie tą wodą nieszczęśników cudownie powróciło ich do życia... U prostych ludzi z dziecinną mentalnością może to odległe skojarzenie wzbudzić podświadomą wiarę w nadzwyczajną skuteczność metody.  

Można dziwić się, dlaczego osoby trudniące się wytwarzaniem i sprzedażą tych urządzeń, nie są karane jako oszuści! Prócz oczywistej szkodliwości produktów oraz zagrożenia porażenia prądem, należy uwzględnić szkody wynikłe z odwoływania się do rzekomej “cudowności”, nawiązującej do dziecięcej wiary w bajki o “żywej wodzie” przywracającej życie, zdrowie i młodość. Ilu ludzi uległo tej złudzie i zaniechało np. rutynowego leczenia, co doprowadziło do nieuleczalnego zaawansowania nieleczonej choroby? Jak dziwić się prostym ludziom, że zabezpieczają się np. przed szkodliwym promieniowaniem TV ##,

## Szkodliwość TV jest o wiele większa, niż wytwarzane przez odbiornik TV promieniowanie związane z wysokim napięciem przyspieszającym wiązkę elektronów. Wynika ona z przyzwyczajenia do biernego pochłaniania ogłupiających treści programów serwowanych przez władze TV, dla których jedynym miernikiem jest pieniądz i oczekiwania najmniej wybrednych ale najliczniejszych kręgów odbiorców programu. Dla odbiorców nieco bardziej ambitnych władze TV zarezerwowały czas po godz. 24-tej... Próbkę wartości konkursów nadawanych w telewizji przez cały dzień można znaleźć na stronie:

http://www.zajaczek.pnet.pl/obrazki/milionerzy.jpg   strona nieczynna

podkładając pod odbiornik sprzedawane przez przedsiębiorczych handlarzy muszle z Morza Czarnego mające takie rzekomo właściwości? W tzw. “elitach intelektualnych” nagminna jest wiara w horoskopy i inne “cudowne” środki w rodzaju wkładek do butów, które leczą “102 dolegliwości”, lub w programy telewizyjne w których osoba wtajemniczona, za pośrednictwem TV (na odległość, bez jakiegokolwiek kontaktu!) “magnetyzuje(?) wodę” (koniecznie niegazowaną!, koniecznie w plastikowej butelce! Tu brzydkie podejrzenie: czyżby interes z producentami takiej wody mineralnej?). Doszło do tego, że autor wręcz obawia się publicznie wyznać, że w horoskopy nie wierzy! Niestety nie podzielam także powszechnego mniemania, że taka wiara jest jedynie zabawą i żartem. Jest to w najczystszej postaci wiara w zabobony obiegowo przypisywana ludziom średniowiecza. Aż dziw, jak wielu ludzi Wierzących nie wstydzi się podobnych praktyk! Nie można dziwić się tylko tym, którzy pozostali bezradni wobec nieszczęścia, gdy zawiodły wszystkie inne środki...

Należałoby tu jednak zachować umiar; szkoda, że tak wielu przedstawicieli Nauki wykazuje alergiczne wręcz reakcje na podobne fenomeny i odmawia zajmowania się nimi. Uniemożliwia to chociażby bezsporne udowodnienie fałszerstwa i pozostawia problem bez jednoznacznego rozstrzygnięcia.

Na grupie dyskusyjnej pl.sci.fizyka pojawił się taki komentarz: są i będą tacy, którzy będą wierzyć w niezwykle moce rożdżek radiestezyjnych.  Może przekona ich informacja, że fundacja Jamesa Randiego http://pl.wikipedia.org/wiki/James_Randi  wyznaczyła nagrodę w wysokości 1 000 000 $ (jednego miliona dolarów) dla osoby, która udowodni w sposób oczywisty swoje zdolności paranormalne w jakiejkolwiek dziedzinie, w tym również w dziedzinie radiestezji. Nagroda, ufundowana 1 maja 1996 roku, do tej pory nie doczekała się zwycięzcy. Pomyślcie o tym.

Sprawa urządzenia do produkcji cudownej wody ostatnio znowu ''odżyła"; pojawiło się nawet wiele stron www promujących sprzedaż tego urządzenia... Adresu nie będę jednak podawał! Urządzenia są już teraz bezpieczne pod kątem zagrożenia porażeniem, często zbudowane są stali nie zawierającej większych ilości chromu. A ich cena przekracza nawet 1000 zł.

Biorąc pod uwagę całościowo problem, nie mam wątpliwości, że metoda jest wybitnie szkodliwa, a jej popularność jest smutnym przyczynkiem do oceny mentalności wielu ludzi, lub rozpaczliwym skutkiem braku funkcjonalności służby zdrowia w moim kraju.

Jeden z korespondentów wymusił na mnie niedawno obejrzenie długiego kilkuodcinkowego filmu poświęconemu temu tematowi: http://www.youtube.com/watch?v=hg7HOAXPhQU  Trudno opisać nierzetelny bełkot terminów pseudonaukowych użytych bez zdefiniowania, z powoływaniem się potem na nie - jako na oczywiste fakty. Nie można tego bełkotu złożyć tylko na karb niedostatków tłumaczenia. Film ma charakterystyczne cechy materiału przygotowanego przez autora o profilu humanistycznym, próbującego podbudować wiarygodność opisu powoływaniem się na terminologię brzmiącą podobnie jak terminy z nauk ścisłych. Z kontekstu wynika, że nie rozumie jednak ich znaczenia, nie definiuje ich nawet, i w gruncie rzeczy ma na myśli obiekty metafizyczne. Film ubrany jest w otoczkę wizji kolorowego doskonałego świata w którym panuje powszechna harmonia (?) Podkreślona jest cudowność istnienia wody, jej natrętna życzliwa chęć służenia ludziom, przyjazna jej natura (?!), i zapisywanie i przekazywanie tych cech innym... Do filmu wplecione są zupełnie niejasne liczne wątki religijne. Oryginał filmu nakręcony jest w języku rosyjskim... Od lat, z tego kręgu pochodzą liczne doniesienia o cudownych zjawiskach, z których żadne nie doczekało się potwierdzenia.

Od dawna otrzymuję sporo maili dotyczących tego urządzenia - jest to zresztą temat, w którym jestem odbiorcą największej liczby wyzwisk. Jestem w nich określany jako człowiek o ograniczonych horyzontach myślowych, niezdolny do przyjęcia oczywistych faktów spoza wąskiej dziedziny dogmatów pseudonaukowych, które we mnie kiedyś wpojono, i w które uporczywie wierzę. Sparafrazuję zatem zdania Wieszcza: "szkiełko i oko mędrca więcej mi mówią, niźli nieprofesjonalizm i naiwna wiara"

 

**ostatnia aktualizacja: 25.06.2012** wielu korespondentów nie zna mechanizmów powstawania jonów podczas elektrolizy. A jednocześnie reklama urządzeń w Necie staje się coraz bardziej ogłupiająca, tak że z pewną irytacją umieszczam uzupełnienie...

Ulubionym fragmentem tych opisów jest wzmianka o „jonizowanej dodatnio lub ujemnie” wodzie. Uprzejmie i ciągle jeszcze cierpliwie wyjaśniam, że cząsteczka wody nie może być trwale zjonizowana ani dodatnio ani ujemnie. Z tym: „dodatnio i ujemnie” jest zresztą cały ambaras (aż mało zabawny)... Te jony trzeba było jakoś nazwać aby uwzględnić ich elektrycznie antagonistyczną naturę. No i użyto kiedyś bardzo niefortunnego terminu: „dodatnio” i „ujemnie” (a można było na przykład: „trbź” i „źbrt”). Prostaczkowie natychmiast skojarzyli to niestety po swojemu: „dodatnio” = ”dobre” „ujemnie” = ”niedobre”. Chemicy dawno już zrezygnowali z tej terminologii i używają nazw „kationy” i „aniony”. I nie mają już problemu – które jony są „dobre” a które „niedobre” (w zapisie pozostały jednak symbole +/- ale chemicy nie mają z nimi głupich skojarzeń). Podczas elektrolizy powstają co prawda jony „dodatnie” i „ujemne”, są to jednak jony nie cząsteczek wody, ale innych dodatków (a także produkty brutalnej elektrochemicznej przemiany wody w inne substancje). Nie są to cząsteczki wody, i nie jest to „zjonizowana woda” ale wodny roztwór różnych jonów! To, że powstają one w różnych miejscach elektrolizera, oddzielonych od siebie częściowo mechanicznie, niewiele zmienia. Nie da się przelać tych porcji w taki sposób, aby w jednej znalazły się kationy, a w drugiej – aniony. Bo w każdym miejscu naczynia, powstaniu jakiegoś kationu towarzyszy równocześnie powstanie jakiegoś anionu, lub ściągnięcie jakiegoś anionu z innej części naczynia. Tak, że w każdym momencie każdy fragment roztworu jest elektrycznie neutralny. Nie ma więc wody „zjonizowanej dodatnio” – ani ujemnie! Zasada elektroneutralności jest w naszej części Wszechświata zachowywana bardzo rygorystycznie. Niewielkie jej pogwałcenia kończą się szybko potężnym błyskiem i hukiem. To wyładowania atmosferyczne - które są właściwie aktem przywracania neutralności. „Ujemna jonizacja” jest dla szarlatanów pustym i magicznym określeniem metafizycznym. Nie kojarzą oni, że owa „ujemność” związana jest z elementarnym materialnym nośnikiem owej cechy – z elektronem. A „dodatniość” – z jego usunięciem. Można tylko ubolewać i zżymać się, że tak oczywistych faktów nie uczą w szkołach! Elektrochemię już zresztą dawno usunięto z programów szkolnych. A licznych internetowych opisów urządzenia nie mogę komentować, bo autorzy nie posługują się żadną logiczną terminologią. Nie mają zresztą oni pojęcia co oznaczają słowa których używają. Ja oczywiście także nie wiem co mają na myśli (oj, tu już przesadziłem)… Prawie jak poezja… (Skoro rytmiczne pojękiwanie powtarzane w nieskończoność można nazwać muzyką, a debilizm programów rozrywkowych w TVP bezkarnie nazywają Kabaretem – to ja mam prawo nazwać to poezją).

TANIEJ, A RÓWNIE SKUTECZNIE

Dla entuzjastów owych specjałów proponuję znacznie tańszy sposób. Coś identycznego jak „żywa woda” można sporządzić z porcji wody wodociągowej ogrzanej do 80 stopni, aby usunąć większość rozpuszczonego w niej tlenu, i dodaniu potem szczypty węglanu sodu. Węglan sodu możecie sporządzić sobie nasypując łyżeczkę sody oczyszczonej na suchą silnie rozgrzaną patelnię.

Coś identycznego jak „martwa woda” proponuję sporządzić dodając do szklanki wody wodociągowej 3 krople kwasu solnego, 2 krople „Bielinki” do odkażania łazienki oraz wrzucenia na 10 minut kilku włókien stalowego druciaka do szorowania (najlepiej lekko podrdzewiałego). Może jeszcze kroplę wody utlenionej… Czyżby nieapetyczne? Oba środki będą równie skuteczne jak produkt z aparatu za 400 zł. Jeśli jednak znajdzie się ktoś, kto będzie Was przekonywał, że skuteczny jest tylko produkt z ich urządzenia, to radzę pogonić go metodą ”za dupę i ze schodów”. (Razem z handlarzem Akido). Przepraszam, ale już zirytowałem się kolejnymi rewelacjami… 

Poważnie: oba produkty z elektrolizera mogą być skuteczne, ale tylko w stopniu (niewielkim) jaki wynika z ich racjonalnego składu. Nadkwasota żołądka; odkażanie skóry. I koniecznie nalegam, aby zaniechać bajkowej terminologii „żywa woda” i „martwa woda” i zastąpić je: „ta biaława” i ”ta żółtawa”. Bo taka bajkowa otoczka cudowności wsparta magią tajemniczej „elektryczności” może stać się wielkim problemem wynikającym z wiary w irracjonalną skuteczność. Pomyślcie: dlaczego ktoś tak akurat nazwał kiedyś te dwa produkty - „żywa” i „martwa” woda? Historia wielu dewiacji zaczęła się od sterowanego i niewinnego na pozór – nazewnictwa mającego wywołać pożądane skojarzenia i reakcje. Polska Ludowa; praworządność socjalistyczna; Prawdziwy Patriota; ech…    Żywa woda!  Ale numer…  **

 

 

Kolejną podobną modą jest rosnąca popularność metod leczenia nadtlenkiem wodoru. Przypominam, że nadtlenek wodoru jest produktem częściowej redukcji tlenu, powstaje w każdych żywych organizmach, pomimo wykształcenia licznych skutecznych chemicznych mechanizmów obronnych, uszkodzenie powodowane przez produkty redukcji tlenu - są jedną z głównych przyczyn starzenia i śmierci organizmów tlenowych. Zachęcam do lektury strony, która poświęcona jest ocenie terapii nadtlenkiem wodoru:  http://niewiara.wordpress.com/tag/nadtlenek-wodoru/

 

** Ciągle uprzejmie ale coraz mniej cierpliwie wyjaśniam, że nadtlenek wodoru (jego roztwór wodny) znany jest pod potoczną nazwą wody utlenionej. A tlen jest przecież potrzebny do życia… No, to woda utleniona „jest dobra”… I w dodatku występuje w żywych organizmach… Ta nazwa potoczna jest jednak bardzo niefortunna, bo prostaczkowie myślą, że woda utleniona to zwykła woda wzbogacona w tlen (woda po nasyceniu tlenem nie zmienia się w nadtlenek wodoru, ale pozostaje wodą. Nie wystarczy zmieszać, aby zaszła synteza. Nadtlenek wodoru syntezuje się metodami elektrochemicznymi). Nadtlenek wodoru (woda utleniona) nie jest więc wcale wodą do której dodatkowo napompowano życiodajnego tlenu, a kompletnie innym związkiem chemicznym (agresywnym, wybuchowym i żrącym w większym stężeniu). Powstaje on co prawda w żywych organizmach, jest jednak bardzo szkodliwym produktem niepożądanym. Nie wszystko co Natura stworzyła - jest Cudowne! Nie będę nieelegancki i nie podam najprostszego przykładu. I organizmy stosują bogaty zestaw sposobów szybkiego unieszkodliwiania tej trucizny. Aż trudno pomyśleć, że różni szarlatani proponują jednak wprowadzanie tej właśnie trucizny do organizmu! Nadtlenek wodoru jest tak toksyczny, że stosuje się go do śmiertelnego niszczenia bakterii na zranionych miejscach lub np. przy płukaniu gardła w anginie. Nie dostaje się on jednak do wnętrza naszego organizmu, i wprowadzanie go tam np. w postaci picia lub wstrzykiwania, jest działaniem na niekorzyść zdrowia. Wstrzyknięcie może skończyć się natychmiastową śmiercią na skutek mechanicznego zatoru płuc pianą powstającego w żyłach gazowego tlenu!

Wspomniałem, że tlen jest niezbędny do życia… Paradoksalnie – jest też toksyczny. Organizmy wypracowały cały system unieszkodliwiania jego niekorzystnych skutków. Zimą ospały organizm odzwyczaja się od konieczności tej walki, i skutkiem jest ból głowy po powrocie z pierwszej wiosennej wycieczki i silnym natlenieniu. Czyli lekkim podtruciem tlenem. Ciężko chorym podaje się tlen tylko w stanach bezpośredniego zagrożenia życia i odstawia natychmiast po minięciu największego zagrożenia. Trzeba bezdennej głupoty i arogancji, aby proponować w internecie na własną rękę stosowanie szarlatańskich metod skrajnie ryzykownych terapii!

Żeby było śmieszniej (no, może: straszniej) – wodę z rozpuszczonym pod ciśnieniem gazowym tlenem można ostatnio kupić w postaci spray’u. Oczywiście do celów kosmetycznych (…???...). Jej skuteczność/szkodliwość jest identyczna jak zwykłej kranówy. Ta woda nasycona tlenem nie jest oczywiście wodą utlenioną (a nie lepiej to posługiwać się chemiczną nazwą „nadtlenek wodoru” – aby uniknąć bełkotu na którym żerują producenci spray’u?). Ależ muszą oni sobie kpić z naiwnych Klientek!

Naukę chemii w szkole zaczynano kiedyś od rozróżnienia mieszaniny od związku chemicznego. Dopóki jeszcze nauki chemii nie zlikwidowano – może byłoby dobrze tłumaczyć to właśnie na przykładzie wody utlenionej (=nadtlenku wodoru) - oraz wody nasyconej tlenem czyli wody natlenionej. Dobrym anglosaskim zwyczajem jest pisanie nazw własnych dużą literą Woda Utleniona i woda natleniona. A tłumaczenie różnicy pomiędzy stężeniem i ilością substancji – na przykładzie ze słoną zupą lub wieczorną kawą? Przecież zaniechanie obrazowego nauczania dyscyplin ścisłych kończy się takim właśnie regresem do zabobonnej wiary w cuda.

Słyszę czasem, że cudowne właściwości są faktem, który jednak jest niewytłumaczalny dzisiejszą wiedzą… Nie mogę temu zaprzeczyć. Długi ironiczny wywód na tej stronie dotyczy bełkotliwego nieprofesjonalnego sposobu tłumaczenia przez niekompetentne (niedokształcone) osoby. Cudowność trzeba jednak udowodnić. Nie wystarczy powiedzieć, że „mojej cioci pomogło”. Trzeba udowodnić, że preparat z aparatury jest niewytłumaczalnie ale zauważalnie bardziej skuteczny od identycznego sporządzonego wg proponowanego przez mnie prostego przepisu. Czy więc nie lepiej po prostu statystycznie udowodnić cudowną skuteczność nie próbując nawet karkołomnego wyjaśniania mechanizmu - i odebrać wysoką nagrodę? Od lat czeka na Was przecież dotacja w niebanalnej wysokości 1000 000 $ ! Powinno dawać do myślenia, że dotacja ciągle czeka…  **

 

Kolejnym podobnym tematem jest homeopatia. Proponuję przeczytanie wywiadu: http://www.youtube.com/watch?v=K2yrCpJF780  oraz: http://www.youtube.com/watch?v=t3XeTSHCpRc&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=G1RaVPhLLHU&feature=related  o magii, homeopatii i szarlatanach
http://www.youtube.com/watch?v=6ilX1GyGRAI&feature=related kpinki o homeopatii... (trzeba włączyć napisy).
http://www.youtube.com/watch?v=mqjqMZIzcgU&feature=related dłuższa dyskusja

Typowe jest argumentowanie: używanie substancji chemicznych jest zawsze szkodliwe, bo "chemia tylko szkodzi". Należy zwrócić się do substancji niechemicznych, naturalnych... Na Miły Bóg! A jakie mają być substancje - jak tylko chemiczne? Co to w ogóle są substancje niechemiczne? Jak spełnić postulat aby pozbyć się ze swego otoczenia wszystkich substancji chemicznych? Czy woda i powietrze są substacjami niechemicznymi? Jak poważnie traktować taki bezsens, na którym jednak bazują całe oszołomskie ideologie...

W dużej części to Media są winne temu co się dzieje. Bezwstydnie promują nonsens tego rodzaju, bo to zadawala sponsorów. Naprawdę musimy coś z tym zrobić.

 

LITERATURA
N.Tananajew. “Analiza kroplowa”. PWN, Warszawa 1956. s.76. [Wykrywanie chromianów]

Tomasz Pluciński
nowy adres:  tomasz.plucinski@ug.edu.pl 

F strona główna